20 listopada 2013

Obecny stan rzeczy vol. 5

Bez zbędnego tłumaczenia i owijania w bawełnę wrzucam moją zaległą tabelkę:



Trudno było mi się zabrać za ten wpis, może dlatego, że spadek nie jest już tak duży jak w poprzednich miesiącach.

Nadszedł czas na regularne badania do realizacji pracy magisterskiej. W rzeczywistości wygląda to tak, iż codziennie od 8.15 do 15 jestem w laboratorium. Bardzo bałam się tego okresu- inna organizacja, mniej czasu. Paradoksalnie, praca w zakładzie pomogła mi rozwiązać mój podstawowy problem z którym walczę od początków założenia bloga- regularnymi śniadaniami. Od dawna przyzwyczajona byłam tylko i wyłącznie do porannej kawy. Okazało się, że specyfika miejsca pozwala spokojnie zaplanować sobie czas tak, by na spokojnie zjeść śniadanie, drugie śniadanie, a nawet coś co nazywamy 'lunchem'. Przedtem pierwszy posiłek potrafiłam spożywać dopiero około godziny 15-17, obecnie grzecznie siadam do śniadanka najpóźniej do godziny 9. Oczywiście wiadomo- są to czasami posiłki zupełnie nie przemyślane, sławne krakowskie obwarzanki albo słodka bułka. Nie jadam obiadów również tak późno (często po 19). Obecnie normą jest godzina 17.30.

Nadmienić należy, że oczywiście odczułam brak czasu- coraz trudniej znaleźć mi chwilę na ćwiczenia w domu. Czasami to wręcz lenistwo, innym powodem są warunki mieszkaniowe- nie przełamałam się do ćwiczeń w obecności innej osoby, tak więc jeśli nie uda mi się wykonać zestawu przed powrotem męża, później najzwyczajniej w świecie się wstydzę. Na przeciw temu problemowi wyszła propozycja od znajomej- chciała zacząć uczęszczać do klubu fittness i wyraziłam zainteresowanie tym pomysłem. Tak więc, niedługo zaczynamy naszą przygodę.

Chciałabym napisać również o tym, co zmieniło się w moim życiu od momentu podjęcia decyzji o odchudzaniu. Pamiętam czasy, gdy wchodząc do sklepu często czułam rozczarowanie, iż rzecz która mi się podoba nie wygląda dobrze lub wręcz nie mieszczę się w rozmiarówce. Redukcja kilogramów i wymiarów, dyktuje powolną wymianę garderoby. Z czystą satysfakcją niosę do przymierzalni ubrania w rozmiarach XS-M w zależności od firmy (dla porównania: H&M: XS,S; Carry: S,M). Trudno opisać moment, gdy miesiąc temu niepewnie sięgałam po rozmiar M, a później biegłam po 'eseczki'. Wzrosła moja pewność siebie, męskie T-shirty ustąpiły miejsca bardziej kobiecemu ubiorowi.

Teraz kolejny cel, dążę do 57 kg oraz 66 cm w talii!


3 komentarze:

  1. Tłuszczyk leci na łeb na szyję ! Miło widzieć fajne efekty! :)

    Pozdrawiam Cię serdecznie
    Albert

    OdpowiedzUsuń
  2. aż miło popatrzeć na takie wyniki :) Lecisz na łeb na szyję :) Gratulacje :*

    OdpowiedzUsuń
  3. ogólna różnica niesamowita, gratuluję postępów! :)

    OdpowiedzUsuń