24 sierpnia 2013

Obecny stan rzeczy vol 3

Przyszedł czas kolejnego miesięcznego zestawienia. Waga sprawiła mi niesamowita radość dziś rano i wskazała 63,1 kg! Podciągnęłam to pod 63 kg i spełnienie pierwszego oficjalnego celu!

TAK, JEST MNIE 10 KG MNIEJ!

Aktualne zestawienie przedstawia się następująco:


Oczywiście to nie koniec! Wiem, że jest mnie ostatnio mniej na blogu- i nie tyle na moim własnym, co u Was w komentarzach. Ale to nie znaczy, że się obijam. Po prostu ostatnio mam mam trochę pogmatwanie- gdy wszystko wyjaśnię, prawdopodobnie pojawi się cała relacja.

Aktualnie chciałabym osiągnąć wagę 57 kg- czyli czeka mnie kolejne 6 kg do utraty.

Jak utrata kilogramów wpłynęła na moją garderobę? Z rozmiaru lekko ponad 42 mieszczę się w 38, które jest już luźne. Prawdopodobnie niedługo zrobię przymiarkę do rozmiaru 36. Postanowiłam zrobić kilka zdjęć, tak więc powinny pojawić się niedługo na blogu. Niestety nie mam takowych sprzed mojej decyzji o odchudzaniu.

A co z moimi postanowieniami na ten miesiąc? Przypominam, iż brzmiały następująco:

Postanowienia:
- śniadania, śniadania, śniadania!
- poprawienie regularności ćwiczeń w domu (wyzwanie przyjęte: Mel B + Tiffany; maraton treningowy)
- nie podnosić cukru

Dbam o codzienne śniadania. Oczywiście zdarzają się wpadki, ale nie jest to zupełne nie-jedzenie. Trzymam się także dawki cukru w napojach. Niestety ległam na linii ćwiczenia-ja. Pisałam o tym wcześniej i niestety nic się nie zmieniło.

Postanowienia na ten miesiąc?
- dbać o regularność śniadań;
- zacząć ćwiczyć;
- mniej chipsów, więcej zdrowego rozsądku
- więcej, regularnych posiłków (niestety daleko mi do odstępów czasowych 2-3h i czterech, pięciu stałych pór)
- ma być mnie więcej na waszych blogach!


ED: Biorę udział w rozdaniu na blogu Monika-Agness. Konkurs polega na opisaniu najciekawszego wspomnienia z wakacji. Ciekawe, czy dopisze mi szczęście i moja opowieść będzie wystarczająco intrygująca (;

ED2:


23 sierpnia 2013

Ogień, czyli...: Zupa brokułowa

Dawano Was nie dręczyłam moimi przepisami, dlatego dziś kolejny z serii

Zupa brokułowa

Brokuł to jedno z moich ulubionych warzyw, które odkryłam stosunkowo niedawno. Dodatek do dania głównego, zupa, surówka... a ostatnio widziałam nawet przepis na placki brokułowe podobne do tych ziemniaczanych. Udowadnia to, iż warzywo to pozwala na prawdziwą kuchenną improwizację.

Składniki:


brokuł (może być żywy, ale równie dobrze mrożony)
serek topiny (ok. 100g czyli jedno opakowanie)

Uwaga: Polecam serek topiony z szynką, nadaje zupie ciekawego smaku. Jeżeli ktoś nie lubi... oczywiście zwykły śmietankowy też jest świetny.

W kuchni potrzeba:
garnka
palnika
blendera

Uwaga: Jeżeli ktoś nie posiada blendera, brokuł można rozgotować, a następnie przetrzeć przez sitko z grubymi oczkami. Jest to jednak czasochłonne.

Cena dania:
ok. 4 zł

Wystarcza na:
w zależności od ilości dodanej wody na jeden do dwóch obiadów dla 2-3 osób.

Dodatki które proponuję:
Można jeść samą. Bardzo lubię z kleksem śmietany/jogurtu. Polecam również z grzankami i odrobiną startego żółtego sera.

Przygotowanie:

1. Na palniku nastawiamy wodę. Odcinamy różyczki brokułu od łodygi. Gdy woda zacznie się gotować wrzucamy brokuły, wodę solimy i czekamy, aż zmiękną.

Uwaga: Łodyga brokułu jest bardzo twarda i wymagałaby długiego gotowania, dlatego lepiej się jej pozbyć. Różyczki brokułu wrzucamy tylko do wrzątku- wtedy zachowają piękny i intensywny zielony kolor. Można również przed ugotowaniem wymoczyć przez chwilę warzywo w wodzie z odrobiną octu.

2. Gdy brokuł jest miękki, odlewamy z niego ok. 3/4 wody w której się gotował. Blendujemy. Dodajemy 100g serka topionego i jeszcze raz dokładnie blendujemy.


Uwaga: Jeżeli nie wiesz ile wody odlać, lepiej pozbyć się większej ilości (można przelać do innego naczynia), a następnie tylko uzupełniać by uzyskać idealną konsystencję.


Gotowe! Moja wersja z kleksem śmietany (;

20 sierpnia 2013

Jak nie dać się okraść na rowerze

Być może to co napiszę jest dla wielu z Was oczywiste, nie mniej jednak, przyglądając się czasami rowerom poprzypinanym w rożnych miejscach zastanawiam się ilu z ich właścicieli widziało je ostatni raz właśnie podczas zapinania. Możliwe, że ktoś pokłada większą nadzieję w naturę ludzką- niestety ja należę do ludzi małej wiary i wolę nie kusić losu.

Na wielu stronach czytam porady 'złomowania' jednośladu. Polega ono na wizualnym oszpecaniu roweru w taki sposób, by nie był pożądanym towarem. Ta rada ma jednak podstawową wadę- tyczy się ludzi, którzy w sumie nie znają się na rowerach i liczą na jakiś tam zarobek. Każdy kto jest zorientowany po wstępnych oględzinach pozna, czy warto się za rower łapać czy też lepiej sobie odpuścić. Zrywanie naklejek, obklejanie taśmą czy najprostsze rozrywanie kilku elementów przed niczym nie chroni, chociaż zapewne nie szkodzi niczym innym jak wstydem jeżeli nie czuje się klimatu poruszania się rowerem tuningowanym w stylu rat ;]
Oczywiście okłamałabym Was, pisząc, iż mój rower przoduje w wygłaskaniu. Prezentuje się mniej więcej tak:


Obecnie ma jednak półtorej pedała, kilogram błota i luźno zwisający kabel od licznika. Nie ma się czym chwalić, ale biorąc pod uwagę, iż zaczęłam z niego zrywać naklejki firmowe (chodzi mi po głowie rowerowe graffiti) nie wygląda na ósmy cud świata.

Nie mniej jednak, by wrócić z wyprawy w jednym kawałku warto pamiętać o kilku rzeczach:
1. Zdejmujemy wszystkie łatwo usuwalne wyposażenie. Osobiście nigdy nie zostawiam światełek czy licznika nawet na postoju przed sklepem. Głupie światełko, a czasami nawet 15 zł kosztuje! Jeżeli oddalacie się na dłużej, a Wasz rower posiada zawór na śrubie umożliwiający odkręcenie siodełka bez użycia klucza również warto pomyśleć o jego zabezpieczeniu.
2. Wybór miejsca jest równie istotny- niestety nie zawsze dysponujemy miejscem monitorowanym. Wtedy najlepiej wybierać takie, które jest mało osłonięte. Daje to mniejszą szansę na zabawę z zapięciami ewentualnemu rabusiowi.
3. Technika zapięcia- czyli kilka słów o kwestii najważniejszej!

Przede wszystkim niestety większość zapięć przegrywa w starciu z nożycami do blachy- sprawny złodziej potrafi uwolnić nasz rower nawet w 3 sekundy!
Jeżeli ktoś nie wierzy: klik (nie wiem dlaczego, ale ten filmik nie chce się wstawić).

A to jeden z bardziej spektakularnych sposobów: 


Inną kwestia jest też to, iż nie ma co liczyć na interwencję osób trzecich. To jeden z moich ulubionych filmików. Oczywiście tutaj panowie 'kradną' swoje rowery, ale komentować nie trzeba.



A teraz czas na mój subiektywny ranking błędów taktycznych podczas zapinania rowerów:

1. Zapięcie roweru sąsiada.
Śmiejcie się, zdarzają się takie przypadki

2. Zapięcie za przednie koło.
Które odkręcić można bardzo prosto. taka taktyka przypinania może zakończyć się utratą roweru. Oczywiście pocieszające jest to, że na pamiątkę pozostanie nam przednie koło.

3. Zapięcie za tylne koło.
Tylne koło odkręcić najtrudniej, tak więc nikt go nie ukradnie- zdawałoby się słuszna technika. Nie mniej jednak z przednim jest duużo łatwiej. Duża szansa na zastanie ramy bez przedniego koła. Mniejsza strata, ale kółko tanie nie jest...

4. Zapięcie za ramę.
Jak nic mamy szansę na monocykl.

5. Spięcie ze sobą dwóch rowerów wokół stojaka nie zapinając o niego.
Dwie osoby i odrobina wprawy, a można doświadczyć podobnej ewolucji jak ta na pierwszym filmiku.

Zapytacie: jak zapinać? Koło - Rama - Brama

Można tez tak:

Btw, bonusowo BrukSela w urzędująca w domowej klatce wykonanej przez mego męża i mnie:


19 sierpnia 2013

'Co Ty tutaj robisz', czyli jak nie robię nic

Co bardziej dotkliwi prawdopodobnie zauważyli moją mniejszą aktywność na blogerze. Powód może być oczywisty: zaczęłam pracować w dość nieregularny sposób, głównie na popołudniowe zmiany. Przez co- pierwszą część dnia mam rozwalaną (gdyż nie potrafię się zmotywować do bardziej odważnych działań, jeśli wiem, że o 13 mam być w pracy), a wieczorem po 8 godzinach stania, układania butów czy kasowania milionów koszulek niewiele mi się chce. Nie, nie marudzę... po prostu jak to bywa po zastojach początki są ciężkie. 

Niestety, drastycznie odnotowałam spadek aktywności fizycznej- nie licząc ok. 10 km dziennie pokonywanych na rowerze, kilometrów pokonywanych pomiędzy alejkami i kilogramów wyciśniętych przy przewalaniu sklepowego asortymentu- nie robię nic! Co ciekawe, nie biorąc pod uwagę już zwykłych wyrzutów sumienia- po prostu bardzo mi zaczyna brakować porządnego wycisku z jakimś cardio. Czyżby była dla mnie nadzieja? 

Zbliża się termin mojego comiesięcznego zestawienia, o ile chwaliłam się ostatnio, iż waga ruszyła... obecnie stanęła pomiędzy 65 a 66 kg. Redukcja wymiarów również nie będzie jakaś oszałamiająca (na szczęście raczej jest!).

Btw, pozdrowienia od Bruk (łajzie w głowie tylko dekoldy xD)

15 sierpnia 2013

Internetowe kalkulatory i inne szpeje

W momencie gdy podjęłam decyzję 'nosz, kur... laska- weź się za siebie' potrzebowałam celu. Przynajmniej u mnie odchudzanie dla samego odchudzania nie działa. Zdaję sobie sprawę, że waga to nie wszystko, ale na początek była dla mnie świetnym wyznacznikiem. Gdy ustaliłam swój wstępny cel, nie była to liczba wyssana z palca. Przede wszystkim nie wiedziałam jak będzie dla mnie do osiągnięcia (wielu rzeczy, które wiem teraz, nie byłam świadoma) . Przed założeniem bloga udało mi się zrzucić ok 3-5 kg do 72 kg. Ta liczba była wyjściowa do podjęcia decyzji 'chcę schudnąć 10 kg... a później się zobaczy'. Kilka dni po podjęciu decyzji zaczęłam posiłkować się na wszech obecnie dostępnych różnych kalkulatorach wagi optymalnej. Jak wiadomo, nie można ich traktować jako wyroczni, ale na pewno pomogły mi na swój sposób.

Obecnie w takich kalkulatorach można przebierać: BMI, wzory Brocka, Lorensa... multikalkulatory. Biorące pod uwagę tylko wzrost albo wiele czynników. Oto kilka ciekawych pozycji:

Chyba najbardziej spopularyzowany sposób diagnozowania problemów z wagą. Tak na prawdę powstał, by określać ryzyko zachorowań na niektóre choroby. W USA jest powszechnie wykorzystywany podczas procedur ubezpieczeniowych.

Dla mojego wzrostu 168 cm i aktualnej wagi 66 kg współczynnik BMI wynosi 23,38. Oznacza to, iż moja waga jest właściwa.
Wg BMI waga idealna dla mnie to: 61.1 kg i nie powinnam schodzić poniżej 58.2 by nie narażać się na zwiększone ryzyko zachorowań.

Pod tym linkiem można znaleźć zestawienie większości wzorów służących do ustalenia wagi idealnej. Dodatkowo nie są one matematyczną zagadką, ponieważ artykuł przedstawia poszczególne wzory. Oczywiście nie musimy szukać domowych kalkulatorów- po wpisaniu wartości generowane są nasze wyniki.

Wzór Creffa wymaga określenia struktury kośca- jeżeli ciężko jest nam go określić, to polecam ten kalkulator.

Moje wyniki wagi idealnej (168 cm):
Brock: 68 kg
Lorenz: 60,8 kg
Creff: 63,27 kg
Monnerot-Dumaine: 66 kg

Jak łatwo zauważyć, szacunki bardzo różnią się od siebie, co potwierdza pewną problematykę związana z określeniem wagi idealnej. Nie mniej jednak jeżeli komuś daleko do widełek wagi idealnej (60,8-68 kg dla 168 cm) może to byc powód do niepokoju.

W tym momencie najbardziej lubię Monnerota-Bumaine'a (;


To definitywnie jeden z bardziej wścibskich kalkulatorow: chce wiedzieć jaką mamy grupę krwi, obwód szyji i nadgarstka. W zamian jednak pozwala na wyliczenie BMI, wagi idealnej Lorenza (co ciekawe, tu pokazuje mi 59 kg, czyli prawie 2 kg mniej niż kalkulator z punktu 2), wskaźnika WHR, typ kośca oraz całkowite dzienne zapotrzebowanie kaloryczne wraz z rozłożeniem kaloryczności posiłków wciągu dnia i proporcjami makroskładników.

Dla mojej wagi idealnej przedstawia się to tak:

Z czego, wartość kaloryczna poszczególnych posiłków powinna się rozłożyć w sposób następujący ( oczywiście nie musi to być dokładność co do 1 kcal- powiedzmy odchylenie może się wahać w granicach +/- 5%):
Śniadanie 502 kcal (+/- 25 kcal)
Drugie śniadanie 201 kcal (+/- 10 kcal)
Obiad 702 kcal (+/- 35 kcal)
Podwieczorek 201 kcal (+/- 10 kcal)
Kolacja 401 kcal (+/- 20 kcal)

Aby Twoja dieta była odpowiednio zbilansowana, powinieneś wraz z pożywieniem jakie spożywasz w ciągu doby, dostarczyć odpowiednio:
Białko: 100 g
Węglowodany: 275 g
Tłuszcze: 55 g

Wydaje mi się być to bardzo ciekawą opcją, przydatna szczególnie na początku, gdy zupełnie nie wie się o co wszytko w tym biega.

Ten kalkulator w swoim algorytmie uwzględnia nasze cechy osobnicze jak ogólny zakres wagi, wagę jaką chciałybyśmy osiągnąć, skłonności rodzinne.

Wg tego kalkulatora moją wagą idealną jest 63,49 kg, czyli bardzo blisko mojego pierwszego celu.

Jeżeli już wiemy jaka waga jest tą idealną dla nas, kalkulator TDEE pomoże nam ją osiągnąć ukazując nam dziennie zapotrzebowanie kaloryczne, które można porownać chociażby z wynikami dla kalkulatora z punktu 3.

A jak Wy zapatrujecie się na takie kalkulatory? Testowałyście się? Czy może uznajecie je za coś, co powinno spłonąć w ogniu?

9 sierpnia 2013

"Jedz co chcesz, wyglądaj jak chcesz"

Ostatnio trafiłam na kanał 'Warszawski Koks' na którym pojawiły się filmiki z serii "Jedz co chcesz, wyglądaj jak chcesz". Nie uprzedzając zbyt wiele, oto jeden z nich:


To co przeżywam drugi dzień, to to, że na redukcji wpieprzają chipsy i popijają aspartamem w Pepsi. Pierwsza reakcja- bunt! Pierdole, tez tak chce! Druga: boże, będę świecić po miesiącu takiej diety!
Po chwili zastanowienia jednak można dojść do kilku wniosków:

1. Liczy się deficyt kaloryczny i proporcje składników. Też należy podziwiać ich cierpliwość do wyliczania wszystkiego- jeżeli zadają sobie tyle trudu by wcisnąć lody...
2. Wszystko jest dla ludzi- z umiarem. Pewnie wiele z nas wcześniej bez oburzenia ładowało w siebie paczki chipsów i nie miało z tym problemu. To tak jak z wszelakimi barwionymi na zielono napojami- są fajne, nietypowe. Nikt nie broni ich pić... ale nie ciągle. Przez zawartość tartrazyny (E102) obniżają zdolności umysłowe i u dzieci powodują ADHD. Tak, zielone frugo nie pomaga w zdaniu sesji ;]
3. Dbając o deficyt kaloryczny i wcinając 'fast-foody' robimy sobie właściwie inną krzywdę niż nadziewanie się chemią. Zjadając paczkę chipsów dostarczamy sobie minimum 500-600 kcal. Czyli połowę zapotrzebowania. A później trzeba się głodzić, lub zarzucić redukcję (;
4. Oni tego mogą tyle wcinać, bo nawet będąc na redukcji ich zapotrzebowanie to 3000 kcal... czas robić rzeźbę!

Filmy są kontrowersyjne bo obnażają wizerunek sportowca- osoby żyjącej tylko i wyłącznie na zdrowej diecie.

Swoją drogą inny filmik, gdzie wypowiada się jeden z nich na temat fast-foodów i zdrowego żarełka. Nie trudno się z nim nie zgodzić w kilku kwestiach. Zszokowało mnie wyliczenie produktów o IG mniejszym od ryżu:

Dodatkowo ostatnio znalazłam artykuł, którego autor ma na celu przekonanie, iż nie takie lody złe jak je malują przy redukcji i jest to jeden z lepszych pomysłów jeżeli 'chodzi za nami coś słodkiego".

Na potwierdzenie przytaczam tabelkę porównującą kaloryczność kilku przekąsek. Co prawda 160 kcal to nie tak mało... ale w porównaniu z innymi.
(źródło dla dociekliwych: http://www.biomedical.pl/dieta/kalorycznosc-lodow-222.html )


A tak całkiem prywatnie:
Dotarły do mnie pierwsze szczurze skarby, które z mężem nazwaliśmy BrukSela (w sensie jeden to Bruk, a drugi Sela). 
Oraz... właśnie podczas pisania tej notki dowiedziałam się, że będę pracować w Decathlonie kilka kroków od obecnego mieszkania! Hell yeah! 

8 sierpnia 2013

Ogień, czyli...: Zupa z soczewicy


Tak, dziś kolejny przepis z serii "Ogień, czyli...". Bardzo dziękuję za pozytywną reakcję na pierwszy przepis, który najłatwiej znaleźć w zakładce o tym samym tytule co seria.

Zupa z soczewicy (soczewicowa)

Tak naprawdę istnieją dwa warianty tej zupy- gotowana i podsmażana. Preferuję ten pierwszy, może dlatego, że to było moje pierwsze spotkanie z soczewicą. Ta potrawa znów ma 3 podstawowe zalety: taniość (jak to brzmi, słowotwórstwo pełną gębą), łatwość przygotowania (gotuje się sama), niskie IG przy dużej tendencji do bycia sytym daniem- nie ma zabielania czy zasmażki!
Najczęściej gotuję ją gdy wiem, że drugi posiłek będzie skromniejszy lub nie będzie czasu go przygotować. Kolejna potrawa idealna na kilka dni, szczególnie chłodniejszych.

Składniki:



Woreczek soczewicy czerwonej (400g)
Przecier pomidorowy (2 łyżki) lub 2 pomidory 
2 marchewki
Seler (opcjonalnie)
Sól, pieprz, ostra papryka- Ew. kostka rosołowa jeżeli ktoś lubi

Uwaga: dostępna jest również soczewica zielona, gotowałam z niej zupę i osobiście polecam wybrać czerwoną odmianę- zachowuje ładniejszą strukturę.

W kuchni potrzeba:
Garnka,
Palnika,
Noża,
Opcjonalnie jeśli ktoś posiada blender- ale tak naprawdę użyłam go raz

Cena dania:
Ok. 5-6 zł (w zależności od cen produktów), nadmienię, że specjalnie kupowałam wszystkie produkty!

Wystarcza na:
dla 2 osób na przynajmniej 2-3 dni

Dodatki które proponuję:
Sama! Chociaż mój mąż uwielbia dogryzać kanapką z szynką.

Przygotowanie:

1. Soczewicę wrzucamy do gara, płuczemy i zalaną wodą stawiamy na palnik. Gotujemy ok. 20-30 min.

Uwaga: Nie radzę solić podczas gotowania, soczewica i strączkowe mają to do siebie, że gdy posoli się je przed uzyskaniem miękkości… gotują się o wiele dłużej! Jeżeli ktoś miałby dylemat jaką ilością wody zalać- przynajmniej dwa razy więcej objętości niż zajmuje sama soczewica.

2. Gdy soczewica stanie się miękka dodajemy marchewki pokrojone jak kto lubi i trochę selera (ok. małą garść).

Uwaga: Jeżeli ktoś niezbyt preferuje smak selera- proponuję sobie odpuścić jego dodawanie. Soczewica niesamowicie podkreśla jego aromat.

3. Jeżeli ktoś lubi- teraz jest moment na kostkę rosołową lub doprawianie: solą, pieprzem i łyżeczką ostrej papryki proszkowanej.

4. Do zupy dodajemy 2 łyżki przecieru pomidorowego. Zupa powinna sama uzyskać gęstą konsystencję. W tym momencie można dodać pomidory (z puszki lub świeże), ja tam jako rasowy chemik wolę chemię z przecieru ;] 

Uwaga: jeżeli okazałoby się, że nadal mamy leji-dupę, wystarczy pogotować na wolnym ogniu jeszcze chwilę. Soczewica lekko się rozgotowując sama utworzy zupę idealną. Można całość potraktować blenderem, nie jest to konieczność.


Gotowe. Smacznego!

Polecam spróbować z kiełkami, np rzeżuchy. Niestety moje są nadal w formie ziarenek, dlatego posłużę się zdjęciem znalezionym:

(http://sprawdzonakuchnia.pl/zupa-czerwonej-soczewicy/)

7 sierpnia 2013

1000 km: od gór po Bałtyk



Tak miałaby wyglądać trasa rowerowa łącząca polskie góry i polskie morze, której nazwa projektu brzmi dumnie "Wiślana Trasa Rowerowa". Nazwa, jak można się domyślić- pochodzi od rzeki wzdłuż której takowy szlak miałby przebiegać. Przebywając całą drogę moglibyśmy pokonać 1000 km! Co ciekawe, pomysł pojawił się na przełomie lat 2004-2009 i zyskał poparcie ośmiu województw. Koniec końców powstały jedynie odcinki lokalne, ponieważ zabrakło odgórnej organizacji.
Dlaczego zaczynam ten temat? Ponieważ pomysł reaktywowano!

To świetna kampania która ma ogromny potencjał spopularyzowania turystyki, nie tylko rowerowej, ale i krajowej- w końcu trasa ta biegłaby przez wiele, na prawdę ciekawych miejsc w Polsce. Dodatkowym atutem byłoby bezpieczeństwo- co innego przemierzać kilometry na specjalnej drodze, co innego na zwykłej asfaltówce. Nawet na bocznych ulicach o małym natężeniu ruchu zdarzają się tacy, którzy muszą poczuć wiatr we włosach i będąc nawet najbardziej ostrożnym rowerzystą, pędzący ponad 100 km/h samochód napawa przerażeniem, często nie zachowując odpowiedniego odstępu! Poza tym, czasami szukając tras w zupełnie nieznanym terenie trafia się na ulice mniej przyjazną rowerom. Na Wisłostradzie nie byłoby takich problemów przez przystosowaną infrastrukturę.

Jedno jest pewne- jeżeli projekt zostanie ukończony wybieram się na testowanie!

Co sądzicie o takim pomyśle, słyszeliście o WTR?


Więcej na ten temat:
[1] http://www.wislanatrasa.info.pl/pages.php?parentID=1
[2] http:/wyborcza.pl/1,75248,14399391,1000_km_od_gor_do_Baltyku___sciezka_rowerowa_gigant.html

Kolejne 7 taktów o mnie

 Ponownie powrócił do mnie ten tag, tym razem od mokah oraz Julki. W pierwszym przypadku znów się muszę męczyć i wymyślać coś ciekawego, w drugim podano mi od razu gotowe pytania. Nie ma co zwlekać- jedziemy:

Pytania od Julki:
1. Posiadasz jakieś zwierzę? Tak. Harem bojowników. W tym tygodniu przyjeżdżają do mnie szczury!
2. Ulubiona książka? "Bracia Karamazow" Dostojewskiego
3. Ulubiona pora roku? definitywnie zima
4. Posiadasz konto na Fb? tak, co ciekawe długo byłam przeciwnikiem tego portalu. niestety gdy osoby z mojego roku ze studiów zaczęły tam ustalać terminy egzaminów i umieszczać istotne informacje- nie było, że boli
5. Ulubione imiona męskie i żeńskie? Powiedziałabym, że moimi ulubionymi imionami jest moje i mego lubego, prawda jest taka, że długo nie akceptowałam imienia nadanego przez rodziców, unikalność zaczęłam doceniać w liceum i od tego czasu uwielbiam swoje imię- Marzena. Bardzo podoba mi się również Róża.
6. Jakie masz zainteresowania ? Akwarystyka, rower, turystyka, asg (chociaż to mało czynnie), gotowanie, steampunk i obecnie tematyka fit (;
7. Czy jesteś szczęśliwa/y? Póki nie brakuje kawy...
8. Jakie jest Twoje największe marzenie?
Ja mam cele, o!
9. Wygrywasz milion złotych. Co z nimi robisz? Inwestycja i hulanka. Obecnie doskwiera mi problem lokalowy, tak więc z perspektywy tej chwili inwestowałabym we własne mieszkanko
10. Najpiękniejsza chwila Twojego życia to...
Wszystkie dobre są piękne
 11.Czy masz jakieś swoje odwzorowanie w postaci literackiej?
Nie, ale jeśli ktoś ogląda serial Chowder to identyfikuję się z głównym bohaterem.

Kolejne 7 faktów o mnie:
1. Miałam kiedyś zderzenie jeleń-ja na rowerze. Ucierpiałam głównie ja ;]

2. Nienawidzę słońca. Słońce irytuje mnie do tego stopnia, iż czasami dostaję wysypki!

3. Lubię majsterkować i ogólnie wyznaję zasadę 'zrób to sam jesli możesz i wyjdzie taniej/lepiej". Obecnie trwa projekt "wybudujmy szczuraskom klatkę".

4. Zawsze gdy piszę wyraz 'jest' wychodzi mi 'ejst', nie wiem czym jest to spowodowane.

5. Dzień bez kawy jest dniem straconym w moim przekonaniu.

6. Posiadam straszliwą arachnofobię. Juz nawet opowieści powodują u mnie irracjonalny lęk.

7. Mam google spawalnicze i chodzę w nich na co dzień ;]

I znów nominuję osoby które mam w obserwowanych i które nie oberwały ode mnie ostatnio: SkarletkaCzekoAdaMagdalenaElizabeth, (więcej nie mam kogo! chyba, że przegapiłam)

6 sierpnia 2013

Czego nauczyłam się przez 42 dni prowadzenia bloga?

Gdy zakładałam bloga w głowie przyświecała mi idea, iż będzie mnie on motywował. Należę do tych osób, które jak się nakręcają to na dobre- potrzebowałam więc bodźca. Nie ukrywam, że gdyby nie to, że jest parę osób które tu zaglądają zapewne nie miałabym takiej pary. Szybko odkryłam, że prócz codziennej dawki motywacji i siły do wytrwania (niektóre z Was miały podobne wymiary do mnie, lub nawet wyższe... a teraz patrzę na zdjęcia chudzinek!- to pokazuje, że można!) poprzez prowadzenie bloga przyswajam podświadomie bardzo dużo informacji. Być może dla 'starych wyjadaczy' to oczywistości, ale w moim przypadku okazało się, że często wpajano mi bujdy. Gdy tak rozmyślałam na ten temat,  stwierdziłam, iż to świetny pomysł na notkę. Dziewczyny, jeśli czegoś nie wymieniłam- podzielcie się ze mną swoją wiedzą.

Moje subiektywne zestawienie bujd na resorach:

1. Odchudzasz się? Jedz owoce, one nie tuczą! Jeśli poczujesz głodek o 22 dojedź jakimiś jabłkami.
Pierwszy dzwonek, iż może to być mit pojawił się na jednych z ostatnich zajęć na moim wydziale. Badaliśmy wtedy zawartości cukrów w owocach metodą HPLC-ELSD, a pani dr która się nami opiekowała wypowiedziała zdanie, które zmotywowało mnie do poszukiwania informacji na ten temat. "Fruktoza tuczy BARDZIEJ niż ta sama ilość glukozy (...) porównując odkładający się tłuszcz: z 1 g fruktozy potrafi się odłożyć, aż 80 razy więcej tłuszczu niż z glukozy".
Okazuje się, że owoce tuczą, niektóre nawet bardzo jeśli je się je w nadmiarze, a za wszystko odpowiedzialna jest wysoka zawartość fruktozy (cukru owocowego), który szczególnie uwielbia odkładać się w rejonie brzucha i jest z jednym z głównych czynników wywołujących otyłość brzuszną. 
Więcej o tym napisałam tutaj: Chemiczna dygresja na temat cukrów

2. Masz tłuszcz na brzuchu? 300 brzuszków dziennie i będzie po sprawie.
Poczułam się jakbym dostała obuchem w głowę, gdy dowiedziałam się, że nie ma czegoś takiego jak spalanie miejscowe. Tyle lat mnie okłamywano!
Okazuje się, iż przy deficycie kalorycznym chudnie się całościowo, a machanie takiej ilości brzuchów owszem spala kcal, ale raczej całościowo i nie ma większego sensu. Jeżeli jemy ponad nasze zapotrzebowanie kaloryczne skutki mogą być nawet opłakane- bo spowodujemy rozrost ćwiczonych mięśni.

Jak ostatecznie się dowiedziałam z bloga Albert Kośmider, tłuszczyk w tych rejonach redukuje się przez zbilansowaną dietę.

3. Schudnąć 10 kg to wyczyn godny olimpijczyka.
Pomimo tego, iż w mediach panuje parcie na idealne sylwetki, to z drugiej strony pokazuje się, jak chudnięcie jest trudne i osiągnięcie wagi o 10 kg to coś nieosiągalnego wręcz. Natomiast śledząc blogi okazuje się, że wystarczy trochę zacięcia i nawet podjadające łasuchy są w stanie tyle zrzucić. Domyślam się, że wiele z dziewczyn które mówi o odchudzaniu traktuje je jak zimną wojnę (obie strony- Ty i nadwaga się zbroicie, pokazujecie kto jest silniejszy, ale tak na prawdę nikt nic nie robi), a ja mialam to szczęście, że trafiłam na blogi gdzie ich autorki na prawdę nad sobą pracują i nie liczą na cud-efekty po farmaceutykach.

4. Odchudzasz się? Musisz głodować.
Wiadome, iż jeżeli schodzi się z diety 4000 kcal na dużo mniej to uczucie głodu może początkowo towarzyszyć. Nie mniej jednak wszystko zależy od tego jak się komponuje posiłki. Odkryłam, że niektóre mogą mieć mało kcal, a zaspakajają na długo (np posiłki białkowe).

5. Tyjesz, bo jesz tłusto!
A tu kolejny  'ZONK'. Z tego co mi wiadomo, tycie jest związane z nadwyżką kaloryczną i złym zbilansowaniem posiłków. Tu większą rolę gra połączenie węglowodanów, białek oraz tłuszczy i gdyby brnąć w ten temat dalej to głównie te pierwsze odpowiadają za odkładanie tłuszczyku. Dodatkowo węgle wraz z solą zwiększają tendencję do magazynowania wody. Stąd wysoka efektywność diet nisko węglanowych, takich jak South Beach.


5 sierpnia 2013

Ogień, czyli... : Zupa meksykańska

Postanowiłam rozpocząć dodatkową serię na moim blogu poświęconą jednej z moich pasji, czyli gotowaniu.
Cykl nazwałam "Ogień, czyli...", a szczegóły znajdują się w zakładce o tej samej nazwie w menu. Dlaczego? Uwielbiam gotować.  Uwielbiam improwizować i nie lubię nudy w kuchni. Być może któraś z Was zauważy jakieś błędy w moim menu lub... wykorzysta moje eksperymenty u siebie. Jako typowa studentka, mam studencki budżet. To nie znaczy, że nie można jeść na prawdę fajnych rzeczy! Jest to taka moja osobista odpowiedź na przekonanie, że ciekawe obiady są raczej drogie.  Kuchnia to alchemia i wiem, że same przepisy to nie wszystko, dlatego w miarę możliwości będę starała się zamieszczać uwagi tłumaczące, dlaczego należy postępować tak lub inaczej przy ich wykonywaniu. Diabeł tkwi w szczegółach, których nieznajomość potrafi zepsuć wszelakie starania przygotowania czegoś dobrego. 

........................

Dziś na kuchni: Zupa meksykańska

Co prawda sezon paprykowy jeszcze się nie zaczął (a to warzywo jest patronem wszelakich potraw meksykańskich), ale jest to naprawdę warta uwagi potrawa, której przygotowanie nie zajmuje dłużej niż 30 minut. Zaletą tego dania jest to, że właściwie wszystkie produkty mieszczą się w niskim indeksie glikemicznym (jedynie wysoko umieszczona jest kukurydza konserwowa, w sezonie można zastąpić świeżą kolbą wcześniej ugotowaną w wodzie), a przecież sama zupa złudnie wygląda na Fast-foodową. Idealnie nadaje się na danie główne, które można przygotować wcześniej, a następnie odgrzewać przez kilka dni. Potencjalnie niskie koszta czynią ją także daniem studenckim.

Składniki:



Papryka (ok. 5-6, najlepiej różnej)
Puszka fasoli czerwonej
Puszka fasoli białej
Puszka kukurydzy
2-3 cebule
Ok. 400 g łopatki lub mięsa mielonego
Pomidory (2-3) lub Przecier pomidorowy (pół słoiczka)
Olej/oliwa, pieprz, papryka czerwona ostra proszkowana
Opcjonalnie odrobina mąki i śmietany do zagęszczenia

W kuchni potrzeba:
Dużego garnka
Palnika
ponad to: Nóż, deska i łyżka do mieszania


Cena dania:
w zależności od kosztów produktów 12-20 zł, na obecną porcję zapłaciłam 13 zł;

Wystarcza na:
przynajmniej 2-3 dni dla 2 osób.

Dodatki które proponuję:
można jeść samą, dla kogoś kto lubi dopychacze lub suchą przegryzkę początkowo podawałam z taco by nadać bardziej oryginalnego, meksykańskiego charakteru, obecnie w razie potrzeby (czytaj: mąż) zastępuję pieczywem chrupkim lub kromką zwykłego chleba.

Przygotowanie:

1. Na oleju/oliwie podsmażam cebulkę do zeszklenia, następnie przekładam ją na miskę. Na tłuszczu podsmażam mięso (łopatkę lub mięso mielone, obie wersje są świetne- obecnie w zamrażalce mam to pierwsze, tak więc pojawia się jako mięsna wkładka). 

Uwaga: smażenie na gorącym tłuszczu, na którym zeszkliła się cebula ma dwa cele: pierwszy- taki tłuszcz jest bardziej aromatyczny i podkresla smak mięsa (nie dzieje się tak, jeżeli cebulka jest przesmażona) oraz drugi- zamknięcie porów mięsa, przez co jest aromatyczne i soczyste.

2. Dodaję pokrojoną paprykę, kukurydzę, fasolkę, pomidory (miałam tylko jeden, dlatego później dla kolorku dodam koncentratu). Chwilę dusimy, a następnie zalewamy wodą i pozwalamy się pogotować.

Uwaga: Gotowanie wszystkiego w wodzie uwolni smak, przez co cała zupa zyska meksykańskiego charakteru.

3. Dodaję przecier, kostkę rosołową (jeśli ktoś preferuje), ostrą paprykę i pieprz do smaku.

Uwaga: Pamiętajcie, że meksykanie lubią ostre, tak więc i moja zupa jest ostra. Najlepsze efekty daje połączenie obu przypraw. Ostrość zazwyczaj zanika po ponownym podgrzewaniu, tak więc jeśli okaże się, że przesadziliście- wystarczy poczekać do następnego dnia.


4. Oboje z mężem lubimy gęste zupy, a tą szczególnie na zasadzie dipu- dlatego, jeżeli potrzeba, niestety nie obejdzie się bez zagęszczenia.
Ok. 2 łyżki mąki rozrabiamy w zimnej wodzie. Podajemy łyżkę śmietany. Do takiej mieszanki dodaje się gorącej, gotującej zupy- miesza, a następnie taki ‘zacier’ dodaje do całości.

Uwaga: Rozrabianie w zimnej wodzie pozwala uniknąć grudek, a zaprawianie przez dodanie odrobiny gorącej zupy- zważeniu śmietany w garnku.


Gotowe. Smacznego (;



Diabelska waga!

Tytułem wstępu: nie nie będę marudzić na stojącą w miejscu wagę, lub o zgrozo(!) taką paskudę, co specjalnie zawyża wynik by jedynie mnie stresować. Waga ruszyła!


Tak, dziś tak króciutko (;

2 sierpnia 2013

Co jem - przegląd w fotografiach

Od pewnego czasu robię zdjęcia tego co jem- oczywiście jest to czynność wykonywana wybiórczo i fotorelacja jest bardzo niekompletna. Kilka potraw zostało skonsumowanych przed zrobieniem zdjęcia, obiady (a raczej kolacje) często jedzone wspólnie z mym lubym nie są w ogóle uwzględnione. Nadal jakoś dziwnie obnosić mi się z moimi dziwactwami które nabywam próbując stracić na wadze. 

Powoli przestawiam się na poranne posiłki, znalazłam jakąś tam metodę, w której za wszelką cenę próbuję coś zjeść przed wypiciem kawy.

Nie jestem jeszcze na etapie, gdzie analizowanie jadłospisu i znajdowanie błędów przychodzi mi z łatwością, dlatego wszelakie sugestie mile widziane. Zdjęcia nie są podzielone wg dni... więc tym raczej nie ma jak się sugerować.



śniadanie; rosół z kaczki; bób, sos czosnkowy na jogurcie, kurczak curry (tu mój luby miał jeszcze porcję ryżu); crunchy z jogurtem naturanym


ogórkowa na rosole; brokuł, jajko i ryba (tilapia: pieczona w piekarniku z rozmarynem i tymiankiem przykryta suszonym pomidorem, gałązką świeżego oregano i odrobiną sera żółtego) + porcja ryżu w przypadku męża; przymiarki do leczo na łopatce wieprzowej i kawałku kielbasy; smooth bananowo-wiśniowy na jogurcie

  

koktajl arbuz-banan z crunchy; kurczak marynowany w jogurcie, panierowany w krakersach i pieczony w piekarniku z dodatkiem sałatki warzywnej z paluszkami krabowymi; leczo na łopatce (vol. 2), kawa mrożona

1 sierpnia 2013

Tag: 7 faktów o mnie + relacja z HIIT Cardio and ABS Workout

Przede wszystkim, zostałam otagowana łańcuszkiem '7 faktów o mnie' przez Arkadii. Ciekawa ejstem czy kogokolwiek to fascynuje, ale by tradycji stało się za dość.

7 faktów o mnie:
1. Od 3 miesięcy jestem mężatką. Założyłam obrączkę jako pierwsza ze znajomych i chyba rozpoczęłam lawinę oświadczyn ;] Tak czy inaczej wiele osób mówiło mi, że nie spodziewało się, iz będę 'pierwsza'.

2. Studiuję chemię na WChUJu (skrot od: Wydział Chemii Uniwersytetu Jagiellońskiego), specjalizacja: chemia biologiczna. Pracę magisterską piszę w porozumieniu z Wydziałem Biologi, Biochemii i Biotechnologii w Zakładzie Biochemii ogólnej. Jej, jak to mądrze zabrzmiało. A tak na serio- strasznie się cieszę.

3. U mnie w szafie rządzi czerń. A z butów uwielbiam trampki!

4. Uwielbiam steampunk, mam mnóstwo dodatków w tym stylu. Często ludzie dziwnie przyglądają się moim ozdobom, bo kolczyki z mechanizmów zegarkowych, łożysk czy żarówek to codzienność.

5. Należę do osób za którymi chodzą dziwne przypadki. Historie z moim udzialem są powtarzane w towarzystwie jako anegdoty.

6. Kolor włosów zmieniam średnio co 2 miesiące. Miałam już na głowie pomarańczowy, zielony i niebieski (patrz zdjęcie nagłówka).

7. Osobiście poznałam Brunona K. ;] 

7 tagów idzie do:
Robinki,  supergirl, Alice RCassieMoniczkiEndorfiny, tu zostawiam ostatni dla kogoś kto chce.


Stwierdziłam, że muszę sobie zrobić przerwę od Mel B. bo z coraz mniejszym entuzjazmem podchodzę do jej ćwiczeń. Dziś zamiast tego włączyłam sobie HIIT Cardio and ABS Workout.


Na kanale FitnnesBlender filmikow jest mnóstwo i pewnie każdy znajdzie coś dla siebie. Mnie zaciekawił półtoragodzinny trening podczas którego możliwe jest spalenie 1000 kalorii!! Roztropnie nie porwałam się na niego, a znalazłam sobie coś krótszego.
Same filmiki są zrobione przyjemnie: wskaźnik spalonych kalorii (motywuje!), czas jaki pozostał do końca danego ćwiczenia jak i całego treningu.
Im więcej ćwiczę odkrywam, że lubię cardio- jak się wyskaczę i zmęczę to mam poczucie, że faktycznie coś spaliłam. To jednak dało mi w kość... niesamowite ilości przysiadów! Jutro jak nic, będę miała zakwasy. 

Spotkał się ktoś z tymi treningami?